współczucie - najwyższy stopień obojętności
wtorek, 11 września 2012
niedziela, 9 września 2012
czwartek, 6 września 2012
American vertigo
czyli o książce Bernarda-Henri Levy'ego której chyba nie warto czytać
Petitio principii to błąd logiczny polegający na przyjęciu za przesłankę tego, co dopiero powinno być udowodnione - wydaje się, że Levy zanim odwiedził Amerykę już wiedział, co chce w niej odnaleźć. Zresztą nie mogło być inaczej, jeśli czytał Amerykę przez pryzmat Tocquevilla - w pewnym sensie nie dał jej szans. Wiedział, jak ją ma rozumieć, zanim jeszcze zdążył ją zobaczyć. American vertigo obrazuje ciemną stronę aprioryzmu, kantowskiej zasady mówiącej, że rozum z rzeczy może poznać jedynie to, co sam uprzednio w nią włożył/wpisał.
Książka Leveyego to nie wędrówka po Stanach, ale po stereotypie, jaki na temat Stanów i ich mieszkańców ma Levy i zgodnie z którym interpretuje wszystko, co napotyka. Ponieważ koniecznie chciał zobaczyć Amerykanów, uchwycić fenomen/eidos "amerykańskości", zapomniał, że w pierwszej kolejności ma przed sobą ludzi - i nie zobaczył ich w ogóle.
W tej książce - w moim przekonaniu - niewiele jest o Stanach. Za to dużo płaskich, tendencyjnych banałów na ich temat - bo jak inaczej określić zdanie o First Avenue w Seattle "gdzie włóczą się duchy Londona, Kerouaca, Ginsberga". Napisać takie zdanie to nic nie napisać, tylko tworzyć powierzchowne wrażenie. Ten banał i tendencyjność zamaskowane są skomplikowaną, branżową nomenklaturą - "panoplie", "irredentyzm" czy wątpliwymi pleonazmami takimi jak "mimetyczne naśladownictwo".
Levy, który ma tak wiele za złe amerykańskim muzeom, sam zachowuje się jak mechaniczny kolekcjoner. Porządkuje fakty zgodnie z przyjętym odgórnie wzorem, ale nie stara się ich zrozumieć.
Bo gdyby spróbował, mogłoby się okazać, że coś takiego jak "amerykańskość w ogóle" nie istnieje - i sens jego książki stanąłby pod znakiem zapytania, choć może właśnie wtedy podróż, którą przedsięwziął, nabrałby sensu.
I pojawiłoby się inne pytanie, na które warto znaleźć odpowiedź - na ile nasza tożsamość istnieje poza zespołem stereotypowych wyobrażeń na jej temat, które obowiązują dopóty, dopóki nie jesteśmy ich świadomi?
I jeszcze btw:
Petitio principii to błąd logiczny polegający na przyjęciu za przesłankę tego, co dopiero powinno być udowodnione - wydaje się, że Levy zanim odwiedził Amerykę już wiedział, co chce w niej odnaleźć. Zresztą nie mogło być inaczej, jeśli czytał Amerykę przez pryzmat Tocquevilla - w pewnym sensie nie dał jej szans. Wiedział, jak ją ma rozumieć, zanim jeszcze zdążył ją zobaczyć. American vertigo obrazuje ciemną stronę aprioryzmu, kantowskiej zasady mówiącej, że rozum z rzeczy może poznać jedynie to, co sam uprzednio w nią włożył/wpisał.
Książka Leveyego to nie wędrówka po Stanach, ale po stereotypie, jaki na temat Stanów i ich mieszkańców ma Levy i zgodnie z którym interpretuje wszystko, co napotyka. Ponieważ koniecznie chciał zobaczyć Amerykanów, uchwycić fenomen/eidos "amerykańskości", zapomniał, że w pierwszej kolejności ma przed sobą ludzi - i nie zobaczył ich w ogóle.
W tej książce - w moim przekonaniu - niewiele jest o Stanach. Za to dużo płaskich, tendencyjnych banałów na ich temat - bo jak inaczej określić zdanie o First Avenue w Seattle "gdzie włóczą się duchy Londona, Kerouaca, Ginsberga". Napisać takie zdanie to nic nie napisać, tylko tworzyć powierzchowne wrażenie. Ten banał i tendencyjność zamaskowane są skomplikowaną, branżową nomenklaturą - "panoplie", "irredentyzm" czy wątpliwymi pleonazmami takimi jak "mimetyczne naśladownictwo".
Levy, który ma tak wiele za złe amerykańskim muzeom, sam zachowuje się jak mechaniczny kolekcjoner. Porządkuje fakty zgodnie z przyjętym odgórnie wzorem, ale nie stara się ich zrozumieć.
Bo gdyby spróbował, mogłoby się okazać, że coś takiego jak "amerykańskość w ogóle" nie istnieje - i sens jego książki stanąłby pod znakiem zapytania, choć może właśnie wtedy podróż, którą przedsięwziął, nabrałby sensu.
I pojawiłoby się inne pytanie, na które warto znaleźć odpowiedź - na ile nasza tożsamość istnieje poza zespołem stereotypowych wyobrażeń na jej temat, które obowiązują dopóty, dopóki nie jesteśmy ich świadomi?
I jeszcze btw:
Możemy kreować nieskończone narracje na temat otaczających nas
ludzi albo nas samych – i nie będą one miały nic wspólnego z jakąkolwiek realnością
– będą wyłącznie świadectwem naszych wyobrażeń i tropem do ukrytych motywów,
potrzeb i kompensacji, które kierowały nami przy ich tworzeniu.
Neurotyczny obraz Hillary Clinton, nakreślony przez Levyego, opętanej
obsesją wydarzeń, które miały miejsce w Owalnym Gabinecie, tak naprawdę więcej
mówi o nim i o przyjętych przez niego arbitralnie regułach interpretacji
czyjegoś zachowania, niż o niej.
poniedziałek, 3 września 2012
o tych właściwych
nie trzeba czytać wszystkich książek
wystarczy te odpowiednie - te, które są prawdziwe
co to znaczy?
prawdziwa książka to ta, którą można czytać nieskończenie wiele razy i za każdym razem znajdować w niej coś nowego - co równocześnie już w niej było, ale czego z jakiegoś powodu nie mogliśmy zauważyć.
w tym sensie każda prawdziwa książka jest nieskończona
poniżej lista moich 10 nieskończonych książek
1. J.R.R. Tolkiem, Władca pierścieni
2. C. Castaneda, Podróż do Ixtlan
3. U. Eco, Wahadło Foucaulta
4. T. Mann, Czarodziejska góra
5. P.K. Dick, Valis
6. P. K. Dick, Przez ciemne zwierciadło
7. A. Sapkowski, 1-5
8. J.L. Herlihy, Nocny kowboj
9. I. Kant, Krytyka czystego rozumu
10. Lao Tsy, Tao te chin
wystarczy te odpowiednie - te, które są prawdziwe
co to znaczy?
prawdziwa książka to ta, którą można czytać nieskończenie wiele razy i za każdym razem znajdować w niej coś nowego - co równocześnie już w niej było, ale czego z jakiegoś powodu nie mogliśmy zauważyć.
w tym sensie każda prawdziwa książka jest nieskończona
poniżej lista moich 10 nieskończonych książek
1. J.R.R. Tolkiem, Władca pierścieni
2. C. Castaneda, Podróż do Ixtlan
3. U. Eco, Wahadło Foucaulta
4. T. Mann, Czarodziejska góra
5. P.K. Dick, Valis
6. P. K. Dick, Przez ciemne zwierciadło
7. A. Sapkowski, 1-5
8. J.L. Herlihy, Nocny kowboj
9. I. Kant, Krytyka czystego rozumu
10. Lao Tsy, Tao te chin
sobota, 25 sierpnia 2012
purification
nie potrzeba kast
nie potrzeba hierarchii
nie potrzeba instytucji
nie potrzeba legitymizacji
nie potrzeba dyplomów
ludzie są powołani sami z siebie albo w ogóle
i nikt poza nimi tego nie zweryfikuje
w przypadku całej reszty - nic nie świadczy o niczym
nie potrzeba hierarchii
nie potrzeba instytucji
nie potrzeba legitymizacji
nie potrzeba dyplomów
ludzie są powołani sami z siebie albo w ogóle
i nikt poza nimi tego nie zweryfikuje
w przypadku całej reszty - nic nie świadczy o niczym
sobota, 18 sierpnia 2012
Po prostu nie mogę się powstrzymać...
czytając w dzisiejszych Wysokich Obcasach
wypowiedź przedstawicielki pokolenia, dla którego "design ma znaczenie", zbierającej meble i naczynia na śmietnikach:
"ocalić od zagłady dobrze zaprojektowany przedmiot to wspaniałe uczucie"
... przed następującym komentarzem:
gdybym miała przodków, którzy zginęli w Oświęcimiu, poczułabym się oburzona tym nadmiernym patosem, ponieważ nie mam - czuję tylko lekki niesmak;
gdybym była przewrotna, mogłabym zauważyć, że tragedia młodych białych kobiet
z klasy średniej kraju nazywanego Polską,
starających się sprostać lansowanemu modelowi poprawności polityczno-feministyczno-designerskiej wzbogaconej nieodzownym gadżetem z second handu,
które chciałyby być zaangażowane, nie wychylając równocześnie nosa poza inkubator, w którym funkcjonują,
polega być może na tym,
że do ratowania pozostały im już tylko salaterki.
W sumie niezły sposób na budowanie poczucia własnej wartości w sytuacji, kiedy chcielibyśmy się się poczuć jak sprawiedliwi wśród narodów świata, tylko że w tym naszym świecie Żydzi całkiem nieźle radzą sobie sami, zwierzęta miewają się coraz lepiej, a Darfur jest trochę za daleko.
Na szczęście meble wystawione na śmietnik wciąż potrzebują obrońców.
wypowiedź przedstawicielki pokolenia, dla którego "design ma znaczenie", zbierającej meble i naczynia na śmietnikach:
"ocalić od zagłady dobrze zaprojektowany przedmiot to wspaniałe uczucie"
... przed następującym komentarzem:
gdybym miała przodków, którzy zginęli w Oświęcimiu, poczułabym się oburzona tym nadmiernym patosem, ponieważ nie mam - czuję tylko lekki niesmak;
gdybym była przewrotna, mogłabym zauważyć, że tragedia młodych białych kobiet
z klasy średniej kraju nazywanego Polską,
starających się sprostać lansowanemu modelowi poprawności polityczno-feministyczno-designerskiej wzbogaconej nieodzownym gadżetem z second handu,
które chciałyby być zaangażowane, nie wychylając równocześnie nosa poza inkubator, w którym funkcjonują,
polega być może na tym,
że do ratowania pozostały im już tylko salaterki.
W sumie niezły sposób na budowanie poczucia własnej wartości w sytuacji, kiedy chcielibyśmy się się poczuć jak sprawiedliwi wśród narodów świata, tylko że w tym naszym świecie Żydzi całkiem nieźle radzą sobie sami, zwierzęta miewają się coraz lepiej, a Darfur jest trochę za daleko.
Na szczęście meble wystawione na śmietnik wciąż potrzebują obrońców.
środa, 1 sierpnia 2012
absolutnie arbitralnie
ewolucja sztuki:
sztuka, która służy władzy
sztuka, która służy pięknu
sztuka, która służy zrozumieniu
cała reszta, to kicz:)
sztuka, która służy władzy
sztuka, która służy pięknu
sztuka, która służy zrozumieniu
cała reszta, to kicz:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)