niedziela, 13 sierpnia 2017

inwersja

pamięci Philipa K. D.

a gdyby tak na całą Biblię, a na Stary Testament w szczególności, spojrzeć jak na historię nieodwzajemnionej miłości Boga do człowieka? Nowy Testament, Ewangelia, to punkt, w którym Bóg przekracza samego siebie, w którym się poddaje, pozwala się odtrącić - aż do męki krzyża. 

Starotestamentowy Bóg jeszcze się nie poddał - On walczy. Jest zazdrosny, chce wymusić miłość wszelkimi sposobami - potop, wojenna pożoga, niewola babilońska, kataklizmy, groźby, inwektywy - ustami proroków wyzywa Jeruzalem od niewiast wszetecznych... A przecież ciągle przy nim trwa. Nie odchodzi. Pozostaje wierny. To obraz miłości absolutnej. Bo tylko taka miłość może się domagać ofiary Abrahama i pozostać usprawiedliwioną. To obraz miłości absolutnej i rozpaczliwej zarazem. Tak kochać mógł tylko Ktoś absolutnie i rozpaczliwie samotny. Pełen chwały i wywyższony na wieki. Właściwie dlaczego Bóg skazuje się na człowieka?

Dobrze, że później nie jest już sam, ale w trzech Osobach. W Ewangelii odrobinę słabnie napięcie, presja, miłosny fanatyzm. Bóg, stając się człowiekiem, staje się bardziej ludzki. Chociaż i tam jeszcze pojawia się starotestamentowa reminiscencja - compelle intrare. Trudno się czasem się powstrzymać, by nie uszczęśliwiać człowieka na siłę. A jednak ciężar gatunkowy Boga i jego absolutnej miłości w Nowym Testamencie nie jest tak przytłaczający jak w Starym. Nie pomimo Golgoty, ale ze względu na nią. 

Może Bogu, który nie wymusza, który się poddaje, nie przestając kochać - godzi się odpowiedzieć?




  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz