sobota, 18 grudnia 2010

look

każda droga jest taka sama
każde miasto jest jak Nowy York - ulice, chodniki, bramy, zakamarki
tajemnica jest ukryta wszędzie
nie ma lepszych i gorszych miejsc
bo ostatecznie wszystko jest kwestią detalu, a każdy detal może być fascynujący


wszystko sprowadza się do spojrzenia

patyna tego, co znane jest tylko na powierzchni

iść ulicą, która prowadzi do domu, jakby się nią szło po raz pierwszy  
stać się turystą we własnym mieście
zamknąć oczy i otworzyć je na nowo

to co było obciachem może stać się trendem
trzynastolatka ubrana jak własna prababcia jest ikoną mody
nie ma kanonu - Kate Moss farbuje włosy na siwo

o wszystkim rozstrzyga spojrzenie

nie ma piękna i nie ma brzydoty
wszystko jest potencjalnie atrakcyjne
względną atrakcyjnością wtórną wobec spojrzenia

to, jak patrzysz, rozstrzyga o tym, co widzisz


best regards to Epoche

piątek, 17 grudnia 2010

a second if

a jeśli prawda już została odkryta, a problem pojawia się na etapie jej zrozumienia?

wszyscy przecież wiemy, jak należałoby postępować, znamy te banalne do znudzenia zasady
a jednak tak rzadko się udaje dokonać przełożenia (zasad na działanie)

wiemy, ale może nie rozumiemy tego, co wiemy?

poprzedni dalajlamowie mieli na swoich usługach trucicieli, którzy usuwali niewygodne inkarnacje żywych Buddów
czy trucie nie jest przypadkiem sprzeczne ze Szlachetną Ścieżką?

ten porażająco oczywisty brak konsekwencji
po co głosić coś, czego samemu się nie przestrzega

separując wiedzę od rzeczywistości
bogów wysłano do nieba, jak najdalej od ziemi
nauczyliśmy się nie rozumieć tego, co wiemy


im bardziej rozpoznawalne są zachowania tworzące osobę -

tu mechanizm obronny, tam niedowartościowanie, potrzeba bezpieczeństwa, przynależności, kontroli, poczucie winy, perfekcjonizm ...

- tym bardziej człowiek staje się zespołem reguł albo zespołem ich widzialnych manifestacji

rozumiejąc, dostrzegając schemat, można ten schemat zmieniać, ale jeśli się go nie widzi - jest się wobec niego bezsilnym i przyszłość jest przesądzona, bo schemat, a dokładniej jego powtarzalność, ją determinuje

człowiek jest oczywiście czymś jeszcze obok schematu - czymś, co schemat może dostrzec i zmodyfikować

czy właśnie o tym mówi fragment ewangelii Marii Magdaleny:

pewien wzorzec został wymazany, dzięki wyższemu wzorcowi

czasami schemat/wzorzec modyfikuje się sam:
widziałam dziś człowieka zakochanego - zawsze ta sama łagodność w spojrzeniu, którym chciałoby się objąć cały świat, żarliwa szczerość, z którą pragnie się podzielić ze wszystkimi swoim szczęściem - odmienny stan świadomości?
zakochany człowiek staje się delikatny, subtelny, jaśnieje jakimś cichym szczęściem - staje się innym sobą

wyższy wzorzec samego siebie?

pewien wzorzec został wymazany, dzięki wyższemu wzorcowi

ktoś napisał to prawie 2tys. lat temu - ktoś chciał coś przekazać - co, po co i komu?

środa, 15 grudnia 2010

next

Uświadomienie sobie,
że filozofia mówi o tym, co rzeczywiste (czymkolwiek rzeczywistość by nie była), że dotyka rzeczywistości/stanu faktycznego, a nie obłoków;

że filozofia nie jest baśnią z ukrytym morałem, fairy tail, która ma ukołysać cię do snu;

że filozofia jest próbą wypowiedzenia tego morału wprost, żeby nie trzeba było domyślać się, co autor miał na myśli i po co o tym myślał

stanowi pierwszy moment przerażającego przełomu



filozofia zaczyna się wtedy, kiedy robiąc coś, zadajesz sobie pytanie, po co właściwie to robisz
filozofia zaczyna się od pytania o sens

piątek, 10 grudnia 2010

...

...myślenie zaczyna się wtedy, kiedy wiedzę, którą posiadasz, zaczynasz odnosić także do siebie...

sobota, 4 grudnia 2010

family

Przy zawieszeniu wszelkich założeń: 


a może Chrystus tyle mówił o Ojcu, bo wzgardziła nim Matka?

Może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby na samym początku jego rodzina nie posądziła go 
o szaleństwo: 
A gdy to posłyszeli bliscy jego, wyszli, ażeby go pojmać, bo mówili, że oszalał (Mk, 3,20)


nic w tym więc dziwnego, że Jezus się ich wypiera:



Tymczasem nadeszła Jego Matka i bracia i stojąc na dworze, posłali po Niego, aby Go przywołać> Właśnie tłum siedział wokół Niego, gdy Mu powiedzieli: 'Oto Twoja Matka i bracia na dworze pytają się o Ciebie'. Odpowiedział im: 'Któż jest moją matką i [którzy] są braćmi?' I spoglądając na siedzących dokoła Niego rzekł: 'Oto moja matka i moi bracia' (Mk 3, 31-34)
 
i zaczyna tworzyć rodzinę zastępczą - rodzinę dla wszystkich tych, którzy rozczarowani są tymi, którzy nie powinni ich nigdy rozczarować 


z odwiecznego pragnienia rodziny, która będzie cię kochać, akceptować takim, jakim jesteś i nie będzie cię chciała wysłać do domu wariatów, rodzą się wspólnoty zastępcze: rodzina Radia Maryja, rodzina Mansona - wspólnoty pierwotnie wykluczonych i przez to wtórnie wykluczające, budujące na wykluczeniu 

 ten, kogo kiedyś odrzucono, potrafi i będzie chciał odrzucać

ze wzgardy i odrzucenia kiełkuje chęć odwetu: 
"czyż nie wiecie, że będziemy sądzili także aniołów?" (1 Kor., 6,3)

w postulacie zwrócenia się ku temu, co wzgardzone u świata, prześwieca chęć kompensacji -dowartościowanie tego, co wzgardzone nie ze względu na to, jakie ono po prostu jest, ale ze względu na sam fakt wzgardy 
-  takie podejście stanowi pułapkę bez wyjścia - aby czuć się wybranym, musisz pozostać wzgardzonym, musisz afirmować swoje poniżenie, stajesz się więźniem własnego bólu i dysfunkcji, bo tylko ze względu na nią jesteś wyjątkowy, a nie ze względu na siebie* - czyli znów atrybucja

i zaczyna się uporczywe użalanie i napawanie samoponiżaniem, które tak strasznie drażniło Nietzschego:

Staliśmy się bowiem widowiskiem światu, aniołom i ludziom (...) aż do tej chwili łakniemy i cierpimy pragnienie, brak nam odzieży, jesteśmy policzkowani i skazani na tułaczkę, i utrudzeni pracą rąk własnych. Błogosławimy, gdy nam złorzeczą, znosimy, gdy nas prześladują, dobrym słowem odpowiadamy, gdy nas spotwarzają. Staliśmy się jakby śmieciem tego świata i odrazą dla wszystkich aż do tej chwili  (1 Kor 4, 9-13)

gdzie tu radość, duma i szacunek do siebie wynikający ze świadomości, że jest się Dzieckiem Boga?

radość staje się  jednak problematyczna, jeżeli "błogosławieni ci, którzy się smucą"(Mt, 5, 4), jeżeli "błogosławieni jesteście, gdy ludzie wam urągają i prześladują was" (Mt, 5,11) 


bycie radosnym może nasunąć podejrzenie, że nie jesteś jeszcze wystarczająco wzgardzonym - więc lepiej nie ryzykować...


błąd atrybucji w obszarze chrześcijaństwa polega na tym, że nagle sama wzgarda staje się wartością
może stąd te nieliczone rzesze pragnące udowodnić, ze są godne wzgardy


dlatego właśnie wykluczonym - ponieważ stali się niewolnikami atrybutów - przewrotnie
skromność pomaga błyszczeć
pokora zwyciężać, 
a cnota uciskać

nie są skromni dlatego, że że nie odczuwają potrzeby wywyższania się, ale właśnie żeby być pierwszymi, zajmują ostanie miejsce)

przesłanie miłości skażone gniewem i żalem po doznanym odrzuceniu leży u fundamentów chrześcijaństwa, którego znakiem jest krzyż
bo dopiero kiedy cię odrzucają, a ty stajesz się rozgoryczony, zaczynasz sięgać po środki ostateczne


czy przesłanie miłości w czymkolwiek by zubożało, gdyby Chrystus za nie nie umarł?

 a może chodziło o ostateczną instancję, do której można się było odwołać, by przekonać Matkę o szczerości czy o tym, że traktował sprawę absolutnie serio - ciało jako detektor prawdy, ukrzyżowanie jako forma seppuku?




ona może dlatego nie potrafiła go zrozumieć, że dla niej zawsze pozostał dzieckiem
dzieciom zazwyczaj się pobłaża, bo nie bierze się ich poważnie
 
(z tej perspektywy katolicyzm, z jego rozbudowanym kultem maryjnym degraduje Chrystusa do roli dziecka, które siedzi na kolanach Matki - być Matką Boga, to zawsze więcej, niż być Bogiem, który miał Matkę)

dać się ukrzyżować, żeby zacząć być w końcu branym poważnie? Dać się ukrzyżować, aby stać się wreszcie dorosłym, aby znaleźć się wreszcie ponad Matką?
Czy o to mu chodzi, kiedy w ostatnich słowach skierowanych do Marii stojącej przy krzyżu mówi, wskazując na ucznia stojącego obok: "Niewiasto, oto syn Twój"? (J, 19,26)




Conclusio:

rodzice - kochajcie, akceptujcie, nie lekceważcie swoich dzieci i nie każcie im zamieniać wody w wino, kiedy potrafią wskrzeszać umarłych

przynajmniej starajcie się je zrozumieć

inaczej nie będzie happy endu

i nawet miłość Marii Magdaleny nie pomoże








 

środa, 1 grudnia 2010

if

a jeśli Nietzsche się myli?

jeśli istnieje trzecia opcja:

jeśli nie jesteś ani panem, ani niewolnikiem
jeśli władza ani podleganie nie są ci do niczego potrzebne
what then?

sobota, 27 listopada 2010

next, a wciąż o tym samym

atrybutami mogą być
fartuch lekarza
kiedy zakłada on go po to, by poczuć własną kompetencję albo przekonać o niej pacjentów
dziennik, kiedy nauczyciel buduje na nim swoją władzę, a nie po prostu wpisuje do niego oceny....


kiedy przestajesz wierzyć w uniform - możesz go założyć
kiedy ty wiesz i oni wiedzą, że to nie dziennik w ręce, tytuł naukowy, harley, kolczyk w brodzie czy cokolwiek innego robi z ciebie właściwą osobę na właściwym miejscu

kultura świadomej stylizacji jest ostatecznym zwycięstwem nad atrybutami

czwartek, 25 listopada 2010

O prawdzie

Ostatecznie zawsze jest logos, który nas weryfikuje

Możesz być pewny swojej prawdy wtedy, kiedy za jej pomocą niczego nie osiągasz
kiedy "wyznajesz" (cudzysłów, bo prawda to to, w co wierzyć nie potrzeba) ją dla niej samej, kiedy do niczego innego nie jest ci potrzebna


zatem to samo, używane w różny sposób, jest czym innym

prawda staje się prawdą dopiero w obszarze bezinteresowności
bezinteresowność jest apraktyczna, dlatego właśnie teoria jest dziedziną bogów (teoria etymologicznie od teos - bóstwo)

Kiedy mamy do czynienia z prawdą, nikogo nie musimy nakłaniać do wejścia -

ewangeliczne compelle intrare (zmuszaj do wejścia - Łk 14,15-24), historia o gospodarzu, który przygotowuje ucztę, a kiedy nikt z zaproszonych nie chce na nią przybyć, wysyła sługę z poleceniem, by zmuszał do wejścia kogokolwiek, wydaje się być pokłosiem żalu, rozczarowania i zranionej pychy, która nie potrafiła poradzić sobie ze wzgardą i lekceważeniem

a przecież jakie znaczenie ma to, czy ktokolwiek zasiada przy stole prawdy - to w żaden sposób nie odmienia jej natury
a każdy ma prawo do odmowy i nie ma się o co obrażać

nie było przypadku, by palono na stosie kogoś, kto twierdził, że 2+2=9
(za to, że 2+2 = 4 to i owszem - vide: Bruno i prawie Galileusz)

nikogo nie trzeba nawracać na prawdę

prawda jest tym, co absolutnie niezawisłe (przez to staje się gwarantem bezpieczeństwa)

nie trzeba do niej nikogo przekonywać (przekonanie kogokolwiek nie ma tu żadnego znaczenia)   - bo w prawdę się nie wierzy, prawdę można wyłącznie zrozumieć

(jeśli chodzi o rozumienie, nie ma ono stopni - nie można rozumieć mocniej lub słabiej - albo się rozumie, albo nie i nic ponad to  - a pomiędzy tymi, którzy rozumieją, nie ma żadnej różnicy - nie ma lepszych i gorszych, wyższych i niżej postawionych rozumiejących - rozumienie to jedyny fundament, na którym można budować równość)

Prawda jest tym, czego trudno nie zobaczyć, jest tak silna - chyba, że zamknie się oczy przemocą - do tego właśnie służy nienawiść

nienawiść to gwałt na sobie samym

Jeżeli czegoś nienawidzisz, to możesz być pewny, że to jest prawdziwe

odnośnie ekstremów

Ekstremum potrzebują ci,  którzy są niepewni swojej ekstremalności, którzy muszą się w niej potwierdzać i samych siebie przekonywać
(a jeśli musisz się przekonywać, że coś posiadasz, to tego nie masz)
histeryczne ekstremum cechuje niedowartościowanych

przeciętność i normę podkreślają z kolei ci, którzy mają zaburzone poczucie bezpieczeństwa

jeżeli mówisz o tym, jak bardzo pragniesz pokoju i wciąż opowiadasz, jak ważna jest pokora i miłość, jest pewna szansa, że właśnie tobie brakuje ich najbardziej

jeżeli nie jesteś niewolnikiem atrybutów, nie ma dla ciebie znaczenia, czy założysz garsonkę czy glany, bo cokolwiek wybierzesz, stanowić będzie wyraz wewnętrznego upodobania, wypływać z niego, a nie dopiero tworzyć iluzję, że je posiadasz - bo z jakichś względów wstydzisz się tego, które żywisz w rzeczywistości

wstyd to druga obok strachu pożywka niewolników atrybucji

kto zna siebie i się siebie nie wstydzi, przekracza dualizm ekstremów i przeciętności, dostrzega, że realizowane ze względu na nie same (np uprawiać sport dlatego, że jest ekstremalny albo zakładać glany tylko dlatego, ze garsonka byłaby obciachem) są tylko atrybutami sygnalizującymi brak tego, co poprzez nie oznaczamy

kto zna siebie nie jest albo ekstremalny albo przeciętny - jest sobą, a to, jak inni określą jego zachowanie, nie ma żadnego znaczenia
 

ask

jeżeli ty widzisz
to czy inni mogą nie widzieć
nie chcą widzieć
czy też po prostu nie widzą 


kiedy nie chcesz widzieć zaczynasz nie-na-widzieć

żeby nie-widzieć świadomie musisz znienawidzić
nienawiść jako zgoda czy wyraz chęci nie-widzenia
planowa ślepota
nienawiść jako absolutny bufor chroniący przed prawdą

dlaczego prawda jest aż tak niebezpieczna
ich nicht verstehe

wtorek, 23 listopada 2010

tak sobie...

"Nie trap się tym, o Momosie – rzekła Izyda – albowiem przeznaczenie uładziło bieg spraw ciemności i światła. – Lecz zło jest w tym – odparł Momos – że oni uznają za pewne, iż przebywają w świetle."

niedziela, 14 listopada 2010

Notatki z podróży czyli ciąg dalszy Początku

To nie architektura jest piękna, ale umysł, który ją tworzy 


 Problem ze stoikami: 

założyli, że szczęście zależy od sposobu, w jaki myślimy o rzeczach - stąd tak usilne próby zohydzania przedmiotów - standardowy tekst Marka Aureliusza:
obcowanie cielesne to tarcie wnętrzności i wydzielenie śluzu połączone ze spazmem

całkiem sensowne wydaje się stoickie spostrzeżenie (zainspirowane zresztą cynizmem i pośrednio sokratejską autarkicznością), że to nie rzeczy mają wartość, ale nasze o nich i o ich możliwościach wyobrażenie (znów atrybutyzacja) -  
zatem by uwolnić się od rzeczy - czy też, bardziej precyzyjnie - od naszych o nich wyobrażeń, należałoby przestać je wartościować - rzeczy nie są ani dobre, ani złe

to tak jak z ciałem - nie jest ono niestety (niektórych niewątpliwie to rozczaruje, bo odpadnie im jedna rzecz, której mogliby równocześnie nienawidzić i skrycie pożądać) narzędziem Szatana ani rozpusty, nie jest ani ohydne, ani piękne, jest po prostu realizacją/wyrazem nas w obszarze czegoś, co nazywamy światem materialnym i tyle
 
wracając do stoików

1) tekst Aureliusza nie jest wcale wolny od wartościowania 
- wartościowanie zostaje zachowane, tylko staje się negatywne -
tarcie wnętrzności i śluz to pojęcia nacechowane pejoratywnie, dokładnie tak samo, 
 jak stwierdzenie, że "miłość to wzajemne mieszanie śliny" (Cioran, please accept my condolences),
 co niewątpliwie także jest prawdą, ale to prawda wypaczona przez pogardliwy i wyobcowujący stosunek do cielesności, która najpierw zostaje potraktowana jako samodzielna i niezależna od "umysłu" (eh, ten tani dualizm), a później przez swoją quasi-samodzielność, którą jej w naszym wyobrażeniu sami przypisujemy, uznana za zagrażającą i z tego powodu, aby to wydumane zagrożenie zniwelować, zaczynamy deprecjonować, poniżać i pogardzać ciałem, wartościując fizjologię za pomocą której je opisujemy i wyrażamy
pewna studentka analityki medycznej rzekła: "włoski w jelitach, które pomagają przesuwać się pokarmowi, są ohydne"

omg! biedne włoski, czym sobie na to zasłużyły - one tylko robią to, co do nich należy - nie są ani piękne, ani brzydkie -  są użyteczne i tyle

(dosyć często negatywne podejście do ciała posługuje się biologizmem, aby przez quasi-obiektywne i quasi-naukowe podejście oddalić zarzut całkowitej arbitralności - "miłość to tylko chemia" - tylko dlaczego "tylko"? czemu chemia jest "tylko", przecież za pomocą chemii opisujemy proces, którego istota wciąż pozostaje niepojęta - czy fakt opisu sprawia, że rzecz staje się godna pogardy?)  

tak więc ci, którzy chcą umknąć przed cielesnością, którzy starają się ją na wszelkie sposoby negować czy wręcz karać - jak choćby asceci - są przez nią opętani po tysiąckroć 

oczywiście to nie ciało, nie cielesność "opętuje", ale jej demoniczne wyobrażenie

(wyobrażenie "opętujące" to wyobrażenie nacechowane wartościująco - bez względu na to, czy pozytywnie, czy negatywnie)

biczujący się asceta i dziewczyna, która nakłada na twarz podkład żeby ukryć "niedoskonałości" są bardziej do siebie podobni niż ktokolwiek sądzi

(inny przykład - rzadko kto w wyobrażeniu cielesności Jezusa uwzględnia fakt, że musiał mieć  potrzeby fizjologiczne - obraz Chrystusa w toalecie wydaje się z wiadomych już powodów, wskazanych wyżej, uwłaczający - co ciekawe potrzeby fizjologiczne załatwiane przez zwierzęta nie budzą w nas tak silnego obrzydzenia jak te same w wydaniu człowieka - zwierzęta nie posiadają przecież duszy, więc ciało im nie uwłacza)

zaczynam się zastanawiać, czy cała historia z duszą nie bierze się z jakiegoś totalnego poczucia niedowartościowania - dlatego właśnie musieliśmy wymyślić coś, czego inni (zwierzęta, świat), nie mają

poczucie niższości rodzi się wtedy, kiedy podziw zamienia się w bałwochwalstwo (wtedy zaczyna się marzyć tym, że się będzie sądzić anioły, czyli że się będzie lepszym, niż ci, których się za lepszych samemu uznało - ale o resentymencie kiedy indziej)

inaczej mówiąc
poczucie niższości rodzi się wtedy, kiedy pojawia się strach, kiedy fakt, że ktoś jest w czymś lepszy zaczynam traktować jako zagrażający, jako dowód własnej słabości
czyli zakładam, że jego siła  jest równoznaczna z moją słabością
tylko że siła drugiego jest jego siłą, która nie ma żadnego przełożenia ani wpływu na mnie

siła drugiego nie powoduje słabości innych - dopiero ta świadomość pozwala na szczery, nie poszyty zazdrością podziw

człowiek znający swoją wartość potafi podziwiać i cieszyć się z przewagi innego 

tam gdzie jest podziw, tam nie strachu 

tam przewaga przestaje być przewagą, a staje się źródłem piękna, którym można się cieszyć

czy ktoś, kto umie malować jest dla mnie zagrożeniem tylko dlatego, że ja nie mam talentu?
może jest trochę prawdy w twierdzeniu, że krytycy sztuki - szczególnie ci zjadliwi - to  niespełnieni i niedocenieni artyści?

boją się ci, którzy czują się osłabieni przez czyjąś przewagę - tacy potrzebują słabości, aby się dowartościować - są silni czyjąś słabością - mechanizm wtórnego dowartościowania jest odwrotnością procesu, który jest źródłem niskiego poczucia wartości - wynajduje się słabości innych, aby przekonać siebie o swojej przewadze

ale tak jak siła innych nie rozstrzyga o twojej słabości
tak słabości innych nie decydują o twojej sile
nie mają żadnego znaczenia, bo to twoja siła i twoja słabość, więc rozstrzygasz tylko ty

dlatego ci, którzy kolekcjonują słabości innych wciąż poszukują nowych, by utwierdzać się w swojej sile 
a jeżeli wciąż musisz się upewniać, że coś posiadasz, to tego nie masz

jako przewaga może być postrzegana chociażby samodzielność
samodzielność jest zagrażająca i powoduje agresję u tych, którzy nauczyli się budować swoje poczucie ważności na słabości i niesamodzielności innych

dobrze widać to w relacjach damsko męskich

niektórzy mężczyźni, "silni" "słabością" kobiet reagują agresywnie na te, które same sobie radzą i nie wymagają ich "opieki"

ten, kto jest niedowartościowany i przez to musi się potwierdzać w swojej wartości i ważności, odbiera samodzielność jako przejaw lekceważenia

nie lubią samodzielności i dążą do ubezwłasnowolnienia innych ci, którzy potrzebują być potrzebni, ci, bez których nie wstąpisz do Królestwa Niebieskiego, nie dostąpisz inicjacji i bez których sobie absolutnie nie poradzisz -
lubią za to ceremoniał, pokłony, złotem szyte szaty, opary kadzidła i wszelkie atrybuty tego, co dostojne, a co atrybutów nie potrzebuje

bo ceremoniał to dostojeństwo, które padło ofiarą atrybucji 

wszelki sformalizowany podziw staje się ceremoniałem

ceremoniał jest próbą sztucznego wzbudzenia podziwu w momencie, gdy naturalny się nie pojawia
msza po łacinie wydaje się nam bardziej dostojna, ponieważ jej nie rozumiemy
ceremoniał jest narzędziem niewolników atrybucji

biorąc pod uwagę wszystko, co do tej pory zostało napisane, nasuwa się wniosek, że

niewolnikiem atrybucji zostajesz wtedy, kiedy jesteś niedowartościowany


skąd bierze się niedowartościowanie?

być może  jedną z największych pomyłek ludzkości jest porównywanie - 
a dokładniej wartościowanie którego dokonuje się poprzez odnoszenie siebie do innych, porównywanie siebie z innymi, które jest z istoty swojej totalną pomyłką - jak mogę porównywać dwie osoby mające absolutnie różne uwarunkowania, zaplecze środowiskowe, doświadczenia?  

podział na lepszy/gorszy, doskonały/niedoskonały miał swój finał w Oświęcimiu

szkoda, że tyle się mówi o Oświęcimiu, a tak mało o źródłowych powodach, które do niego doprowadziły

może gdyby Niemcy nie czuli się tak niedowartościowani po I wojnie światowej... kiedy ktoś czuje się gorzej od innych postanawia, w ramach kompensacji, koniecznie być od innych lepszym - nie chce być jak ludzie, chce być "nad-człowiekiem"

a tak w ogóle, to co to jest słabość? czy istnieje słabość bezwzględna? obawiam się, że jedyną słabością, która istnieje jest to, czego u siebie nie akceptujemy
słabość znika, kiedy się z nią pogodzisz

wracając do stoików

2) w ich myśleniu pojawia się pewna niekonsekwencja - jeśli rzeczy nie mogą zapewnić nam szczęścia, to nie mogą go nam również odebrać - nie trzeba się przed nimi bronić ani ich zohydzać - po co tak usilnie bronić się przed czymś, co nie ma żadnego znaczenia?

co do wyobrażeń - jeśli mogą nas zniewolić ("nie groza ciebie zniewoli, lecz twoje własne mniemanie" - Epiktet) to pomysł na osiągnięcie wyzwolenia poprzez zastąpienie jednych wyobrażeń o rzeczach drugimi mija się z celem - zniewolenie pozostaje, bo pozostało wartościowanie, tyle, że negatywne

na metapoziomie stoicy są zniewoleni przez swoje wyobrażenia na temat wyobrażeń   - wyobrażenia dotyczące mocy wyobrażeń, tego, że jedne mogą nas zniewolić, a inne ofiarować wyzwolenie 

zatem ostatecznie szczeście znów nie zależy od czlowieka, tylko od tego, że będzie on sobie okreslone rzeczy na temat rzeczy wyobrażał - gdzieś gubi się fakt, że to czlowiek tworzy wyobrażenia

stoicy również stają się niewolnikami atrybucji - wydaje się im, ze przyjęcie określonego wyobrażenia może ich wyzwolić, czyli że to wyobrażenie wyzwala, a nie oni sami
efekt: uwolniwszy się od wyobrażenia cielesności jako źródła rozkoszy stajemy się niewolnikami wyobrażenia ciała jako ohydy - w sumie wychodzi na to samo, przy czym nasuwa się poczucie, że jest w tym jakieś świadome fałszowanie rzeczywistości - bo oczywiście mogę nazwać bukiet, który ofiarowuje mi ukochany, wiązką umierających kwiatów, ale dopiero, kiedy przekształcę go w atrybut -  kiedy przestanie on pełnić funkcję bycia wyrazem miłości

kiedy miłość wygaśnie ukochany dalej może mi wręczać kwiaty - ale wtedy będą one już tylko zbiorem martwych roślin
nie muszę zmieniać wyobrażenia na temat rzeczy - wystarczy pozwolić im być tym, czym są

back to Husserl again - ale na to wychodzi

3) a co do szczęścia - jeżeli człowiek ma być faktycznie autarkiczny, czyli samodzielny i samowystarczalny (a taki był starożytny ideał i on się raczej nie zdewaluował), to jego szczęście nie może zależeć od niczego poza nim samym - nawet od tego, jak myśli. Stoicy liczyli się z myśleniem - uważali, ze zmiana myślenia o rzeczach gwarantuje szczęście

a może jest tak, że aby być szczęśliwym nie można liczyć się z czymkolwiek - bo ono jest wynikiem decyzji, która zależy tylko od nas 

szczęście nie jest kwestią szczęścia tylko decyzji, wyboru

każdy sam decyduje się na bycie szczęśliwym 

wtorek, 2 listopada 2010

Początek

Niewolnikiem atrybutów stajesz się wtedy, gdy rzecz przestaje być funkcją, narzędziem, a zyskuje autonomię - ważność - sama przez siebie. Wtedy zaczyna się bałwochwalstwo. Ciekawe, że wiele religijnych kryzysów/przełomów wyrosło właśnie ze sprzeciwu wobec postępującej atrybutyzacji - spór ikonoklastów z ikonodulami, nagie kościoły protestantyzmu, awantura o cielca.

Kiedy rzecz jest sobą, jest tylko narzędziem - jak znak - nie odnosi do siebie, ale służy czemuś innemu, jest ze względu na coś innego - realizuje się poprzez funkcję którą spełnia, niejako w procesie. Kiedy rzecz zostaje "urzeczowiona" (bez względu jak idiotycznie to brzmi) w sensie ustatycznienia jej, gdy zostanie unieruchomiona w sobie (gdy staje się ważna ze względu na siebie) - zamienia się w atrybut.

Przykład:
to tak jak z
- używaniem trudnych słów nie po to, by wyrazić coś, na co akurat nie ma prostszej nazwy, ale po to, by komuś zaimponować albo go przestraszyć
- licytowaniem się liczbą przeczytanych książek, obejrzanych filmów kultowych, funkcji w telefonie, miejsc, które się zwiedziło, wyszukanych potraw, których się spróbowało, liczbą koni mechanicznych, długości basenu, które się przepłynęło, liczbą znajomych na NK czy Facebooku

*Oczywiście, nawet tu wymienione przykładowo "rzeczy" pełnią określoną funkcję/zadanie - podnoszą poczucie wartości ich "posiadacza" (jeśli w ogóle można być "posiadaczem" chociażby znajomych) we własnych i cudzych oczach. Ale ta funkcja zakłada wcześniejsze przyjęcie ich autonomii, samoistności, ich atrybutyzację, która sprawia, że "rzeczy"

stają się zbiorem cech, które można wymieniać,

a przestają być ze względu na siebie, bo ich pierwotne bycie ze względu na siebie jest byciem ze względu na coś innego niż one

inaczej mówiąc : w procesie ustatyczniania/atrybutyzacji rzeczy tracą swoją istotę, którą jest bycie funkcją (narzędziem), na rzecz spełniania innej, wtórnej funkcji, która z funkcją właściwą ich istocie nie ma nic wspólnego

rzeczy przestają znaczyć cokolwiek - atrybutyzacja wyobcowuje rzeczy same od siebie - bo przecież kiedy przerzucamy się nazwiskami filozofów w odwiecznej grze o dominację, to tak naprawdę nie obchodzi nas, co oni napisali

 atrybutyzacja jest wtedy, kiedy coś robisz, bo to jest w dobrym tonie, a nie dlatego, że to Ci się podoba -

być może cały problem sztuki współczesnej, która niekiedy robi wrażenie dosyć zdezorientowanej i silącej się na coraz bardziej dramatyczny efekt, polega na tym, ze padła ona ofiarą atrybutyzacji - czynności i projekty artystyczne, które służyły kiedyś celom innym niż one same (np. kultowym)  zyskały autonomię - pojawił się bałwochwalczy stosunek do sztuki, artysta stał się Artystą - ale ona sama znalazła się w sytuacji znaku, który zaczął wskazywać sam na siebie i w konsekwencji przestał cokolwiek znaczyć

właśnie dlatego muzea są tak nudne - są zbiorem przedmiotów pozbawionych sensu - sztuka umarła, gdy powstało pierwsze muzeum, bo wtedy oddzieliła się od swojej funkcji

kiedy oddajesz coś do muzeum i stawiasz na marmurowym piedestale, kiedy zbierasz wieczne pióra, a piszesz długopisem - rzeczy zaczynają umierać


kolekcjonowanie zawsze mnie przerażało, bo jest w nim coś martwego

niewolnicy atrybutów mają naturę kolekcjonerów

środa, 13 października 2010

Thx Tereza Severova

Dzieciństwo jest stanem kontemplacji - w polu świadomości wyłaniają się przedmioty całkowicie samoistnie i samoistne, absolutnie niezależne, bo zupełnie pozbawione odpododmiotowego znaczenia. To stan, w którym czyta się tytuły na grzbietach książek i nie mają one żadnego sensu, żadnych odniesień: "Mdłości", "Szkodniki roślin ozdobnych", "Man Ray". Wolna od znaczeń i od wyobrażeń na temat znaczeń świadomość dziecka absorbuje i chłonie otoczenie i nie potrafi się nim nasycić:

Tereza: "godzinami obserwowałam sufit, znałam go na pamięć".

Czysta wsobność świata, który ukazuje się w świadomości, ale o  którym się nie myśli, stanowić może  urzeczywistnienie fenomenologicznej epoche, której celem jest powrót do rzeczy samej. Przy czym rzecz sama nie wyklucza obecności świadomości - Husserl przekracza dualizm. Świadomość jest jedynym obszarem, gdzie rzecz jako rzecz może w ogóle zaistnieć. Tylko żeby rzecz mogła być samą rzeczą, a nie rzeczą dla nas, świadomość musi przyjąć specyficzną formę - musi być pusta - bez nas.

Husserl i buddyzm?

why not

poniedziałek, 20 września 2010

Przyczynki do kryzysu Edmunda

Jeżeli nie ma Boga, to jakoś sobie poradzimy, ale jeśli nie ma prawdy, za którą można by umierać, zaczyna się hard core
*(z tej perspektywy sam Bóg okazuje się ostatecznie nie prawdą wcieloną, ale wcieleniem prawdy, 
prawdą upostaciowioną, która nie stała się ciałem, ale Bogiem )

H. pisze: [człowiek] "(...) właściwe mu prawdziwe istnienie (...) ma i mieć może tylko w postaci zmagań o swą prawdę, o to, by samego siebie uczynić prawdziwym"

nie wiem, czemu  mamy tak silną potrzebę by się sami przed sobą usprawiedliwiać z istnienia, by się wewnętrznie uzasadniać, by się w nieskończoność potwierdzać

pojawia się pytanie, czy prawda jest absolutem - chyba też nie jest, bo jej charakter zostaje wyznaczony właśnie przez naszą potrzebę usprawiedliwienia - to ona stanowi ostateczny punkt odniesienia, który wymusza na prawdzie jej istotową (a przy tym wtórną) absolutność - to, że prawda nie może być byle czym
bo przecież nie mogę umierać za byle co

jakie to trywialne: jeśli nie ma za co umierać, nie ma po co żyć

wtorek, 14 września 2010

problemy ze światem vol. 0

poczucie zagrożenia bierze się z przekonania, że jesteśmy bezbronni

a gdyby założyć, że świat jest równie bezsilny wobec nas, co my wobec niego?
a gdyby nasz brak wpływu na rzeczywistość była ostateczną gwarancją niezależności od niej?


bez względu na wysiłek pewne rzeczy pozostają bez zmiany
tak po prostu jest
więc
jeżeli tak jest, i nic tego nie zmienia, to, że tak jest, nie zmienia również niczego w nas samych

nie mam wpływu na rzeczywistość w takim stopniu, w jakim ona nie może zmienić mojego postępowania wobec niej
godząc się na brak zmiany daję sobie prawo do pozostania sobą

innymi słowy:
zgadzam się na przegraną, aby pozostać sobą

bezsilność okazuje się bastionem wolności

dlatego właśnie świat i ja wciąż mamy szansę pozostać w równowadze,
ale nigdy się nie spotkamy



 p.s. absolutnie bez związku z powyższym:

jeżeli wspólnota ufundowana jest na wykluczeniu, to nie jest wspólnotą

dziś albo albo i tertium non datur

poniedziałek, 13 września 2010

eternal derrida

rodzimy się w konfrontacji, krzyżując spojrzenia - jeśli jesteś poza systemem odniesień, to jakby cię nie było dla siebie samego

piątek, 3 września 2010

cytat, którego nie sposób pominąć

"kochał ją bowiem tak bardzo, jak można kochać tylko kogoś, kto jest odbiciem nas samych w chwili największego smutku"
                                  

krążymy po tych samych ścieżkach, a jednak nie tracimy świeżości

czwartek, 2 września 2010

piątek, 27 sierpnia 2010

jedyny dogmat

ostatecznym źródłem zła jest lęk

albo inaczej, chociaż to to samo:

zło jest słabością, która nie pozwala przyznać się do słabości

może jest tak, że 
jeżeli nie boisz się bać
jeżeli nie boisz się przegrać
jeżeli nie boisz się zgubić
to nigdy nie zabłądzisz

sobota, 21 sierpnia 2010

Historie miłosne vol.0

Dramat Ch. i M. M. (przy przyjęciu bądź zawieszeniu wiadomych założeń)
On pragnął zostać ukrzyżowany, ostatecznie po to zstąpił na Ziemię. A Ona?  Cóż, musiała się z tym po prostu pogodzić - pozostało jej rozpaczliwe przylgnięcie do krzyża w bocznej kaplicy poznańskiej fary.  Może od tego momentu miłość zaczyna splatać się z bezsilnością: "kocham Cię, ale to niczego nie zmienia" i staje się jałową adoracją. Symptomatyczne, że właśnie średniowiecze, epoka osadzona w paradygmacie Ewangelii jak klejnot, wydało ideał miłości dworskiej, której istotą było niespełnienie. Pod krzyżem Śmierć okazuje się potężniejsza od miłości, a ta ostatnia traci swoją moc - moc transformacji, dzięki której wszystko jest możliwe. Bo przecież mógł zrezygnować - zrezygnować z cierpienia i wszystkich na rzecz tej Jedynej. Nie odważył się i dlatego Królestwo nie zatryumfowało.

poniedziałek, 9 sierpnia 2010

problemy z ciałem vol. 0

a może wtajemniczeni są tylko kinestetycy:
"jeśli nie poczujecie, nie zrozumiecie",
a cała historia cywilizacji to próba wyrażenia tego, co oni poczuli.

Bo czy prawdę się rozumie, czy prawdę się się "czuje"? Czy "oczywistość" jest czymś wyrozumowanym, czy odczutym? Przekonując o szczerości/prawdziwości swoich intencji i działań samuraj rozcina sobie brzuch.
A więc dowód ostateczny - to dowód z ciała, nie z dyskursu. Dowód z brzucha, tego siedliszcza  nerwicy żołądka
i przyczajonych błękitnych motylków - dowód biorący na świadka centrum przeżywania, nie myślenia.
Dlaczego?
ponieważ emocje zawsze są prawdziwe - przynajmniej dla podmiotu, który je odczuwa - w tym sensie są też od niego niezależne. Emocje, jak prawda - są totalitarne. Nie ma odwołania, można się tylko zgodzić na wyrok. Przed sobą samym.

Czy zatem prawdę można tylko przeżywać? Oczywiście, można również o niej myśleć, ale z jakiegoś powodu myślenie pozbawione jest tej bezpośredniości właściwej przeżywaniu - nigdy nie jestem tym, o czym myślę ( nie ma tu przymusu utożsamienia), a  przeżycie jest zawsze tym co moje, czasem bardziej rzeczywistym od samoświadomości, która potrafi się tylko przyglądać.

Ciału więc bliżej do prawdy niż myśleniu?
nie chodzi tu o "bezcielesność" myślenia i ortodoksyjny dualizm postawiony na głowie, dowartościowujący rzecz rozciągłą,
ile o fakt, że ciało, inaczej niż myślenie, wiąże się z przeżywaniem i przez to, być może, stanowi swoisty "detektor prawdy". Myśleć mogę absolutnie wszystko, co mi się podoba - przeżywać już nie.

Ciało nie kłamie - w moim brzuchu umierają motyle.
dobrym jest, że nie musimy robić wszystkiego, co możemy