nie jesteśmy lepsi niż jesteśmy. Ale nie jesteśmy również gorsi.
poniedziałek, 15 lutego 2016
czwartek, 14 stycznia 2016
Żywa Ewa
ja jestem ciałem i krwią
ścięgnem, stawem, chrząstką, kością,
szpikiem
włosami, które siwieją
oddechem
mam
szare spojrzenie
sobota, 10 października 2015
check out
(pomijając kwestię zrozumiałości poniższej frazy)
pierwszy raz w życiu mam tak, że mówię i chodzę sobą
pierwszy raz w życiu mam tak, że mówię i chodzę sobą
czwartek, 24 września 2015
jako również człowiek, a nie wyłącznie użytkownik
czytając wywiad z laureatką konkursu Siemens Future Living Award 2014, Sabiną Sujecką,
myślę sobie, że
koncepcja "kuchni na godziny" jest nie tyle innowacyjna, ile czysto przystosowawcza - trochę za dużo tu determinizmu, by posługiwać się słowem etymologicznie zakorzenionym w pojęciu "tego, co nowe", bo to, co faktycznie nowe, bywa zazwyczaj nie do przewidzenia i nieoczekiwane - a kuchnia na godziny w świecie "zmniejszającej się przestrzeni życiowej" jest czymś wręcz odwrotnym - do bólu logiczną konsekwencją przyjętych wyjściowo przez projektantkę założeń:
"projekt zakłada scenariusz, w którym kwestionuję możliwość posiadania kuchni w mieszkaniu przez część społeczeństwa".
Oczywiście, jeśli zgodzimy się z Sabiną Sujecką - że "innowacyjność"zależy od tego, jak ją definiujemy, powyższy zarzut traci rację bytu i sensu, ale równocześnie rację bytu i sensu straci także kategoria "innowacyjności", która znacząc wszystko, co tylko zechcemy, przestanie znaczyć cokolwiek.
Determinizmu znajdziemy w wypowiedziach laureatki konkursu Siemensa o wiele więcej - już zaproponowana przez nią definicja "innowacyjności" nie pozostawia wątpliwości, że to użytkownika należy przykrawać do zastanych (czy raczej przewidywanych) warunków, a nie na odwrót:
innowacyjne według Sabiny Sujeckiej są bowiem te "rozwiązania, które formułują nowe zwyczaje ludzi po to, aby wspierać ich dobrobyt i zadowolenie przy jednoczesnym zrównoważonym rozwoju biznesowym".
Argument "dobrobytu", który w ujęciu projektantki gwarantować mają "wysokiej jakości urządzenia", w jakie wyposażona zostanie "kuchnia na godziny", a także kwiaty i świece, jakoś jednak mnie nie przekonuje, żeby tak po prostu zgodzić się, że jedyna dostępna mi innowacyjność oznacza przystosowanie się do tego, co jest, czy też (możliwe że) będzie. A co z poszukiwaniem takich innowacyjnych rozwiązań, które pozwoliłyby mi pozostać we własnej kuchni?
Czy to jest niemożliwe, czy może po prostu nieopłacalne?
Projektant, jak zauważa Sabina Sujecka, "porusza się w triadzie Biznes - Technologia - Użytkownik." Kolejność wydaje się tu nieprzypadkowa, jak również pewne ontologiczne zachwianie - bo przecież z tych trzech wydawałoby się równorzędnych bytów rzeczywisty jest tylko ostatni - człowiek, pardon, Użytkownik. A jednak stosunek wypada tu zdecydowanie na jego niekorzyść: jest 2 do 1, albo nawet 3 do 1/2, bo człowiek w tej triadzie zredukowany został do użytkownika - liczy się o tyle, o ile używa tego, co podsuną mu dwie wielkie Hipostazy - Biznes i Technologia, które wydają się dziś o wiele bardziej realne niż ich faktyczny twórca.
Co więcej, jeśli rolą projektanta - jak chce Sabina Sujecka - jest "wymyślenie bardzo dobrego produktu lub usługi, odpowiadającej na potrzeby rynku, konkurencyjnej, posiadającej wartość dodaną dla użytkownika", to okazuje się, że w wielkiej technologicznej narracji wcale nie człowiek i jego potrzeby są najważniejsze - w technopolu człowiek/użytkownik liczyć może najwyżej na wartość dodaną.
Najpierw Biznes i Technologia na jego usługach zredukują do minimum twoją przestrzeń życiową, potem przekonają cię, że to, co się wydarzyło, było nieuchronne, a potem dadzą ci coś, co nazwą rozwiązaniem, a co w zasadzie stanowić będzie środek, który pozwoli ci się przystosować do stworzonych przez nie warunków. Prawda? Nieprawda. Bo nie istnieją Biznes i Technologia. Nie istnieją również projektanci i użytkownicy.
Istnieją za to ludzie. Ludzie, którzy myśląc o sobie jako o projektantach i użytkownikach zaczynają zapominać, że zawsze mogą powiedzieć "nie". Jeśli przyjmiemy nieuchronność, to nieuchronnie się ona wydarzy - ale wcale nie musimy tego robić.
Jeszcze nie.
myślę sobie, że
koncepcja "kuchni na godziny" jest nie tyle innowacyjna, ile czysto przystosowawcza - trochę za dużo tu determinizmu, by posługiwać się słowem etymologicznie zakorzenionym w pojęciu "tego, co nowe", bo to, co faktycznie nowe, bywa zazwyczaj nie do przewidzenia i nieoczekiwane - a kuchnia na godziny w świecie "zmniejszającej się przestrzeni życiowej" jest czymś wręcz odwrotnym - do bólu logiczną konsekwencją przyjętych wyjściowo przez projektantkę założeń:
"projekt zakłada scenariusz, w którym kwestionuję możliwość posiadania kuchni w mieszkaniu przez część społeczeństwa".
Oczywiście, jeśli zgodzimy się z Sabiną Sujecką - że "innowacyjność"zależy od tego, jak ją definiujemy, powyższy zarzut traci rację bytu i sensu, ale równocześnie rację bytu i sensu straci także kategoria "innowacyjności", która znacząc wszystko, co tylko zechcemy, przestanie znaczyć cokolwiek.
Determinizmu znajdziemy w wypowiedziach laureatki konkursu Siemensa o wiele więcej - już zaproponowana przez nią definicja "innowacyjności" nie pozostawia wątpliwości, że to użytkownika należy przykrawać do zastanych (czy raczej przewidywanych) warunków, a nie na odwrót:
innowacyjne według Sabiny Sujeckiej są bowiem te "rozwiązania, które formułują nowe zwyczaje ludzi po to, aby wspierać ich dobrobyt i zadowolenie przy jednoczesnym zrównoważonym rozwoju biznesowym".
Argument "dobrobytu", który w ujęciu projektantki gwarantować mają "wysokiej jakości urządzenia", w jakie wyposażona zostanie "kuchnia na godziny", a także kwiaty i świece, jakoś jednak mnie nie przekonuje, żeby tak po prostu zgodzić się, że jedyna dostępna mi innowacyjność oznacza przystosowanie się do tego, co jest, czy też (możliwe że) będzie. A co z poszukiwaniem takich innowacyjnych rozwiązań, które pozwoliłyby mi pozostać we własnej kuchni?
Czy to jest niemożliwe, czy może po prostu nieopłacalne?
Projektant, jak zauważa Sabina Sujecka, "porusza się w triadzie Biznes - Technologia - Użytkownik." Kolejność wydaje się tu nieprzypadkowa, jak również pewne ontologiczne zachwianie - bo przecież z tych trzech wydawałoby się równorzędnych bytów rzeczywisty jest tylko ostatni - człowiek, pardon, Użytkownik. A jednak stosunek wypada tu zdecydowanie na jego niekorzyść: jest 2 do 1, albo nawet 3 do 1/2, bo człowiek w tej triadzie zredukowany został do użytkownika - liczy się o tyle, o ile używa tego, co podsuną mu dwie wielkie Hipostazy - Biznes i Technologia, które wydają się dziś o wiele bardziej realne niż ich faktyczny twórca.
Co więcej, jeśli rolą projektanta - jak chce Sabina Sujecka - jest "wymyślenie bardzo dobrego produktu lub usługi, odpowiadającej na potrzeby rynku, konkurencyjnej, posiadającej wartość dodaną dla użytkownika", to okazuje się, że w wielkiej technologicznej narracji wcale nie człowiek i jego potrzeby są najważniejsze - w technopolu człowiek/użytkownik liczyć może najwyżej na wartość dodaną.
Najpierw Biznes i Technologia na jego usługach zredukują do minimum twoją przestrzeń życiową, potem przekonają cię, że to, co się wydarzyło, było nieuchronne, a potem dadzą ci coś, co nazwą rozwiązaniem, a co w zasadzie stanowić będzie środek, który pozwoli ci się przystosować do stworzonych przez nie warunków. Prawda? Nieprawda. Bo nie istnieją Biznes i Technologia. Nie istnieją również projektanci i użytkownicy.
Istnieją za to ludzie. Ludzie, którzy myśląc o sobie jako o projektantach i użytkownikach zaczynają zapominać, że zawsze mogą powiedzieć "nie". Jeśli przyjmiemy nieuchronność, to nieuchronnie się ona wydarzy - ale wcale nie musimy tego robić.
Jeszcze nie.
niedziela, 26 lipca 2015
Muzykanci
Dawno, dawno temu w pewnym
królestwie prowadzono przygotowania do wesela. Ponieważ żenił się następca
tronu, wszystko musiało być doskonałe, a
wciąż nie udawało się znaleźć godnych wydarzenia muzyków. Pałacowa orkiestra
nie była zła, ale dawno się już wszystkim znudziła. W końcu z odległego kraju
sprowadzono parę szarookich muzykantów – kobietę i mężczyznę. On grał na złotej
harmonijce, ona miała srebrny flet. O
ich muzyce mówiono, że jest seledynowa, chociaż nikt do końca nie wiedział, co
to znaczy. Ale podczas wesela roztańczone, radosne tony harmonijki urzekły
wszystkich gości. Króla zdziwiło jednak, że ze srebrnego fletu kobiety nie
wydobywa się żaden dźwięk. Kiedy uczta dobiegła końca monarcha stwierdził, że
zapłaci tylko mężczyźnie. Muzykanci odeszli. Jakiś czas potem na świat przyszło
pierwsze dziecko księcia i jego pięknej żony. Ponieważ wszyscy wciąż byli pod
wrażeniem harmonijkowych melodii, na uroczystość chrztu postanowiono zaprosić
szarookiego muzykanta. Przyszli oboje, ale tym razem kobieta usiadła z boku sali
– jej srebrny flet leżał zamknięty w czarnym, aksamitnym futerale. Mężczyzna zaczął
grać na harmonijce - ale nikt nie zwrócił
na niego uwagi. Goście wciąż rozmawiali, żartowali, zajadali ciastka, rzucali
się kawałkami tortu… Mężczyzna grał, gwar trwał, a rozdrażnienie gości rosło. Zdesperowany król podbiegł do muzyka. Ten
tylko wskazał oczami na swoją towarzyszkę. Król podszedł do niej, wypowiedział błagalne
słowa. Kobieta wstała, wyjęła srebrny flet i stanęła obok grajka. Jakby chłodna
fala spłynęła na biesiadników, którzy zastygli w skupieniu.
Po skończonej uroczystości muzykant powiedział królowi: „Czy
teraz rozumiesz? To ona tworzy ciszę, w której ja mogę grać.”
"Muzykanci", rzeźba Stanisława Pietrusa, jedna z moich ulubionych w Parku Śląskim (aka WPKiW). Więcej o rzeźbach: TUTAJ
Nie byłoby baśni, gdybym się nie wybrała na warsztaty Fundacji Napraw sobie miasto - dzięki! :)
piątek, 19 czerwca 2015
Nar(r)eszcie! "Moje problemy ze sztuką współczesną" w Er(r)go
I oto ukazał się 28 numer Er(r)go - periodyku Instytutu Kultur i Literatur Anglojęzycznych Uniwersytetu Śląskiego z zapisem debaty "Zwierzę, żywe tworzywo artysty?", która w październiku 2012 roku odbyła się w Muzeum w Gliwicach oraz artykułem "Moje problemy ze sztuką współczesną" mojego autorstwa.
Dziękuję pani doktor Marzenie Kubisz z IKILA UŚ za zainteresowanie zagadnieniem.
A dedykuję - papudze.
Tekst artykułu: TUTAJ
Dziękuję pani doktor Marzenie Kubisz z IKILA UŚ za zainteresowanie zagadnieniem.
A dedykuję - papudze.
Tekst artykułu: TUTAJ
Subskrybuj:
Posty (Atom)

